- „Jak wyprawa?” – zapytuje Daniel. – „So far so bien” :)
Uskuteczniwszy desant z promu wdrażam się szybko w nowe dla wozu prawa kontynentalnego ruchu drogowego. Brytania wita ciepłem i słońcem, podczas gdy Lucida połyka śmiało kolejne kilometry ciągnącej się zielonymi pagórkami trasy. W głowie wciąż nieco buja, ale co tam – szkoda czasu na aklimatyzację – na odkrycie czeka nowy kraj!
Od początku uwagę zwraca dwujęzyczność drogowskazów. O tym, że wciąż jestem na ziemi Celtów nie da się zapomnieć. Na pierwszy ogień idą średniowieczne sakralne budowle w St-Thegonnec i Guimiliau. Po bogactwie rytów, rzeźb i różnorakich form zdobiących te struktury można wnioskować jak zagorzałymi wyznawcami kościoła byli tubylcy... może jednak przede wszystkim jak wspaniałymi byli rzemieślnikami i artystami; tworząc budowle natury religijnej wplatali motywy płynące z tradycji i pierwotnego stylu Celtów / Brytów. I tak prócz wykrojonych w
>>> kamieniu imponujących scenek z życia ludu nie da się przeoczyć np. pokrytych dziwadłami topornych
bel sufitu.
Uderzywszy na południe przez lesiste pagórki parku narodowego D’Armorique trafiam do Locronan... Co za bajkowe miejsce! Żywcem wyciągnięte z jakiejś baśni lub filmu kostiumowego. Niby niepozorna niby-wioska, położona na niby-to-pagórku, kryje za niby-murami duży plac miejski, otoczony zewsząd ciasno poutykanymi domami o kamiennych fasadach w fantastycznych kształtach, a wszystko w cieniu dostojnej katedry przywodzącej na myśl miniaturę Nortre Dame z Paryża. Do tego po środku placu stoi sobie studnia z kwietnikiem i stare drzewo... niby-magiczne. Obrazek – cukierek. Lukrowany piernik.
Przebijam się przez lansowane w przewodniku Quimper (duże miasta be...) i powoli szukam godnego miejsca do kampowania. Idzie topornie, jako że całe południowe wybrzeże półwyspu okazuje się być usiane letniskowymi kurortami dla bogaczy. O nocy na dzikiej plaży mogę tylko pomarzyć... W końcu znajduję swoją przestrzeń w malowniczej zatoczce w ramionach zacisznej wioski. Sielankowo...
Irlandzka pogoda spóźniła się na mój prom, ale już dogania mnie dzisiejszym rankiem. Śniadanie umila mi jednak wizyta Alana i jego pociesznego psiaka o
dziwacznym imieniu. Alan mieszka w tej wiosce, ale już nie może doczekać się sezonu surfingowego – wtedy pakuje graty i rusza na południe w okolice Bordoux, w poszukiwaniu wielkich fal. Wspominam mu o swojej komicznie krótkiej przygodzie z deską w Sydney. Na odchodnym proponuje mi toaletę w swoim domu... czyżbym już zaczynał przypominać rasowego trampa..? :P
Wycieczka po osławionym Carnac nie przyspaża jakichś szczególnie fajnych wrażeń. Ot – pole menichirów. Pole za polem. Tu kamyk, tam kamyk. Tylko Obelix gdzieś nawiał...
Co innego Josselin... Wspaniałe zamczysko nad rzeką prezentuje się doprawdy okazale. Za plecami kryje urokliwe miasteczko z garbatymi ze starości drewnianymi domami. Natchniony tym obrazkiem ruszam do stolicy Brytanii – Rennes. Wbijam się w samiuchne jego centrum, gdzie spodziewam się doświadczyć podobnych klimatów wśród ocalałych z wielkiego pożaru w XVII w. drewnianych zabudowań. I nie zawodzę się... Gdy przechadzam się wąskimi, brukowanymi uliczkami, w cieniu średniowiecznych domostw, wracają wspomnienia z norweskiego Bergen. Tu jednak poskręcane oddechem wieków drewno nadaje bajkowe kształty strukturom wciąż żywym i aktywnym – to nie żaden na poły zakonserwowany skansen, tylko (nie)zwyczajna tkanka miejska, której każdy jeden element, każdy budynek jest unikatem i nadal pisze swoją własną, unikalną historię.
Nie mogąc nasycić się niezwykłością centrum Rennes, zmuszam się do dalszej drogi na północ, do St. Malo. Forteczne miasto na (ex)wyspie robi naprawdę olbrzymie wrażenie... Kampuje nieopodal, pod zniszczonym kompleksem bunkrów z czasów ostatniej wojny.