Żal mówić, jak wyglądał mój wehikuł gdy odnalazłem go na podziemnym parkingu w centrum Dublina, pod domem, w którym mieszkał niegdyś Robert. Kiedy zostawiałem go tam w sierpniu, przed opuszczeniem Irlandii na motocyklu, karawan szczęścia – znany w świecie jako Lucida, prezentował się wystawowo – salonowo; wymuskane oponki, nawoskowane blachy, technicznie wypieszczony... Spójrzcie na Lucidkę teraz... jej majaczący w cieniu kształt straszy naturą złomu; wypatroszona przez wybitą szybę, pokryta gęstą warstwą gaśnicowego proszku (!), z paskudnym kapciem na tyle. Jednak po otwarciu drzwi na konsoli wciąż żarzy się blade światełko... Lucidzie się nie kopnęło w kalendarz! Ona chce żyć!!!
Paweł nie daje jej wielkich szans... Dzwoni do Marcina – złotej rączki w ich mieszkaniu – ten przyniesie z pracy booster. Nowiuśki akumulator podłączony, choć klemy skorodowane zupełnie. Marcin podczepia respirator... zzzZzzz... nic. Cisza....
Wymieniamy klemy,
>>> Łukasz podjeżdza swoim wozem i spinamy go z krwioobiegiem pacjentki... Chwila emocji i.... JEST!!! Działa! Cudowny dźwięk jej diesla znów wypełnia martwe pomieszczenia. Lucida drżeniem blach zrzuca z siebie plugawy pył. Jeszcze tego wieczora lądujemy w nowym, przytulnym parkingu na Northwood u Asi.